Co robić w Finlandii? Południowa Karelia w pięć dni

Finlandia. Niezbyt popularny kierunek, nawet dla podróżników, że o turystach nie wspomnę. Kiedy mówiłam komuś, że tegoroczny urlop spędzam właśnie tam słyszałam: „Ale po co? Co jest w Finlandii?”. Opowieść będzie długa. Weźcie paczkę salmiakków (jeśli nie macie, to chociaż herbatę anyżową – smak będzie względnie podobny) i usiądźcie wygodnie.

  • W Helsinkach najciekawszą „budowlą” jest Skalny Kościół, poza tym raczej nie ma się czym zachwycać. Chociaż warto przejść się do portu i Parku Sibeliusa.
  • Lepiej postawić na naturę: górę Hiidenvuori w Iitti, ptasi azyl w Heinoli, nadmorski park Katariina w Kotce czy po prostu spacery po lasach.
  • Jeśli chodzi o jedzenie, w pierwszej kolejności trzeba spróbować salmiakków. Trzeba i już! Poza tym polecam też piirakkę i pullę.

 

Wszystko zaczęło się na przełomie XX i XXI wieku…, czyli między 1999 a 2000 rokiem 😉 Właśnie wtedy, jako nastolatka odkryłam istnienie Finlandii i zaczęłam się jej bacznie przyglądać. Taki osobliwy kraj, daleko od wszystkiego, niby Skandynawia, a jednak wcale nie. Wrzucanie Finlandii do jednego worka z Norwegią, Danią, Szwecją i Islandią to błąd rzeczowy – Finowie Skandynawami nie są. I znacząco różnią się od wikingów. Wizualnie, językowo, kulturowo. Rdzennego Fina naprawdę łatwo jest rozpoznać na ulicy, często wyłapywałam ich w Polsce. Mały, zadarty nos, okrągłe niebieskie oczy, jasne włosy. W zasadzie są całkiem podobni do pochodzących z tego kraju Muminków. Fiński język pochodzi z tej samej rodziny co estoński i węgierski. Do tego drugiego w ogóle nie jest podobny. Estoński faktycznie brzmi w sposób zbliżony, ale obu nacjom ciężko jest się porozumieć. Jak powiedział mój przyjaciel Fin, Jarkko, Estończycy używają fińskich słów jak dzieci, które nie do końca wiedzą, co mówią (mniej więcej tak, jak my mamy z Czechami – można się pośmiać z doboru wyrazów). Finowie są cisi, wycofani, mają bodaj największą w Europie przestrzeń osobistą. Nie można tak po prostu ich przytulić czy staropolskim sposobem wycałować po policzkach na przywitanie. Stanie zbyt blisko w trakcie rozmowy też nie wchodzi w grę. Fin będzie robić krok w tył zawsze, kiedy my zrobimy jeden do przodu. Ciężko jest ich naprawdę poznać i się do nich zbliżyć. Od 1999 roku chłonęłam Finlandię w każdej formie. Muzyka, importowanie salmiakków (charakterystyczne czarne cukierki, kiedyś lekarstwo na kaszel, dziś składnik lodów, ciast, batoników, wódki, chleba…), filmy Akiego Kaurismakiego, książki Miki Waltariego, no i język. Uczyłam się go najpierw słowo po słowie, a w 2010 roku zaczęłam walczyć z gramatyką. Zdobyłam podręczniki, znalazłam Finów, którzy zgodzili się ze mną rozmawiać na Skypie, żebym mogła ćwiczyć. Wtedy też chciałam emigrować. Byłam gotowa rzucić wszystko i zamieszkać w Finlandii. Miałam to zrobić we wrześniu. Życie miało dla mnie inny scenariusz. W czerwcu poznałam mojego byłego męża i zostałam.

Odkąd zaczęłam podróżować Finlandia była na samym szczycie listy moich marzeń. W zasadzie nierealnym. Ze względu na fobię społeczną podróż samolotem była całkowicie poza moim zasięgiem, a wyprawa samochodowa zajęłaby zbyt dużo czasu. Czasu, którego nie mam jako samotna mama. Nie zostawiłabym Miłosza na minimum dwa tygodnie, a krótszy wyjazd mijałby się z celem. I tak od początku 2015 zaczęłam walkę ze swoim strachem. Jeździłam pociągami, tramwajami, autobusami, leciałam motoparalotnią. Żeby w końcu trafić do celu – mojej Finlandii. Najpierw zabukowałam bilety do Holandii, żeby razem z Miłoszem odwiedzić przyjaciółkę. Doszłam do wniosku, że łatwiej będzie mi nie wpaść w panikę, jeśli obok mnie będzie mały. Podekscytowany lotem, zagadujący. Lot do Eindhoven przeżyłam bez problemu. Podczas powrotu pojawiła się panika. I tak, od maja, z duszą na ramieniu czekałam na 22 sierpnia. Dzień 0. Ten, kiedy miało się spełnić moje marzenie, ale i kiedy czekała mnie cała seria lotów. Aż cztery. Kto tego nie przeżył nie zrozumie, jak ciężki był to dla mnie czas. Nie poddałam się, i dlatego dziś mogę napisać: byłam w Finlandii. I tak, koniecznie musicie ją zobaczyć!

Helsinki

Helsinki

Dzień 0. Z Balic lecę do Arlandy w Szwecji. Wytrzymałam. Na miejscu kieruję się do stoiska z biletami na autobus. Najtańszy środek komunikacji podmiejskiej. Chciałam łapać stopa, ale zostało mi to kategorycznie odradzone. Szwedzi mają tendencję do ignorowania stopowiczów, zwłaszcza w pobliżu przystanków. Uważają, że przecież dadzą sobie jakoś radę. Biorę numerek z maszyny, patrzę i uśmiecham się od ucha do ucha – 666. Nie, żebym miała satanistyczne zapędy, ale zabawny akcent, kiedy jest się w drodze do piekielnych Hel(l)sinek. Kupuję bilet i ruszam do Uppsali. Zdecydowałam się na nią, a nie na Sztokholm dlatego, że podobała mi się jej nazwa. Do tego akcja wielu szwedzkich kryminałów rozgrywa się właśnie tutaj. No i stolica zawsze różni się od pozostałych miast danego kraju. A ja chciałam poczuć klimat Szwecji, chociaż trochę.

Jest jasno, słonecznie i cieplej niż w Polsce. Mam okazję poprzyglądać się krajobrazowi. Przy drodze jest sporo skał, na polach znajdują się wielkie kamienie. Wyglądają jak cmentarz wikingów w Danii. Z rzadka pojawiająca się zabudowa jest śliczna – małe domki z czerwonego drewna, z białymi wykończeniami. Żadnych ogrodzeń, murów. Jest czysto, zielono, przy drodze rosną wrzosy sprawiając, że widok jest jeszcze milszy dla oka. Moją uwagę zwracają też znaki drogowe – wszystkie są żółte (później dowiaduję się, że to ze względu na śnieg – w zimie białych znaków po prostu nie widać).

Na dworcu głównym czeka już na mnie Andreas – Szwed, który zgodził się mnie ugościć w ramach Couchsurfingu. Andreas jest hipisem. Mieszka w kolektywie na obrzeżach miasta, razem z sześcioma lokatorami. Uppsalę zwiedzam jako pasażerka jego cargo bike’a – roweru do przewożenia bagaży, nie ludzi. Rzecz całkiem nielegalna i średnio bezpieczna, ale nie wyobrażacie sobie, jaką miałam frajdę. Przyjemność niekonwencjonalnego oglądania miasta porównywalna do okrążania Lwowa na motocyklu. W Szwecji (jak i w pozostałych krajach nordyckich, które odwiedzę podczas tej wyprawy) czerwone światło nie robi wrażenia na pieszych i rowerzystach. Andreas przewozi mnie przez wielkie skrzyżowanie na czerwonym świetle. Stwierdza tylko „przecież poczekają”.

Jedziemy do parku uniwersyteckiego, gdzie znajdują się kamienie runiczne, które koniecznie chciałam zobaczyć. Przy okazji mogę zobaczyć też słynną katedrę w Uppsali. Rzucam tylko okiem, nie mam czasu na faktyczne zwiedzanie. Z parku jedziemy do ogrodu botanicznego, w którym odbywają się koncerty i imprezy. Schludny, cudnie kolorowy, ale podbija moje serce sekcją z roślinnością górską. Dzielne sukulenty przebijają się tam przez szczeliny w kamieniach, żeby złapać trochę światła i przetrwać. Niby mała rzecz, a wzrusza. Przynajmniej mnie. Jeździmy głównymi ulicami, zaczyna się ściemniać i ruszamy w kierunku kolektywu.

Domek należał kiedyś do kompleksu tworzącego szpital psychiatryczny. Obok znajdują się opuszczone budynki. Andreas wyczuwa moje zainteresowanie i mruga porozumiewawczo. Ale najpierw witam się z komuną, podziwiam nowy zakup jednej z dziewczyn – volvo na biopaliwo z kompletem zimówek. Takich z powbijanymi gwoździami. Dziwię się, a Szwedzi wybuchają śmiechem. Tutaj każdy takie ma i nie, nie muszą tych gwoździ wbijać sami. Takie kupuje się w sklepie. Wspólnie przygotowujemy kolację, a ja zaglądam do lodówki i na półki w poszukiwaniu nowych smaków. Czerwona i zielona pasta curry. Wegańska pasta do chleba ze słonecznika i drożdży. Sproszkowana lukrecja i wiele, wiele innych. Uwielbiam to miejsce 🙂 Do kolacji raczymy się uwarzonym przez Andreasa domowym piwem. Wcale nie odbiega smakiem od dobrych piw kraftowych. Ja zostawiam im po sobie wedlowskie ptasie mleczko i Kukułki. To mój sprawdzony zestaw dla obcokrajowców – zawsze doceniają i jedzą ze smakiem.

Biorę szybki prysznic i ruszamy z Andreasem w drogę powrotną na dworzec. Ale, ale, nagle Szwed zbacza z głównej drogi i parkuje rower przy budynku szpitala. Szukamy drogi, żeby wejść do środka, ale wszystko jest solidnie zaplombowane. Poza dziurą w ziemi, dla niepoznaki zakrytą brezentem. A tam… podziemia! I jakiś zapomniany przez wszystkich pokój ze starymi komputerami, dyskietkami, lampkami. Ewakuujemy się dość szybko, żeby nie kusić losu, ale przeżycie zdecydowanie warto odnotować. Mój czas w Szwecji dobiega końca. Autobus na dworzec, stamtąd kolejny na lotnisko i trzy godziny snu na drewnianej ławce zanim wsiądę na pokład samolotu do Helsinek.

Dzień 1. Oj, wcale nie podoba mi się na pokładzie samolotu. Wiercę się, męczę, odliczam minuty. Jedyny sympatyczny akcent to nepalscy mnisi w habitach, którzy lecą razem ze mną. Co prawda nie ma jak zagadać, ale miło popatrzeć. I w końcu słyszę głos pilota. To już Finlandia, zaczynamy lądowanie! Nie wiem, co myśleli sobie ludzie siedzący obok mnie w samolocie, kiedy na mnie spojrzeli. Od tamtej chwili nie oderwałam wzroku od okna i nawet nie próbowałam wycierać łez. Wreszcie tu jestem. Udało mi się! Wychodzę z samolotu i wyłapuję uchem fiński język. Mam poczucie, że jestem w domu.

W toalecie na lotnisku szklana ściana imitująca brzozy. W głośniku zamiast darmowej muzyki śpiew ptaków. I słuchawka prysznica w każdym WC pełniąca rolę bidetu. Zamki w drzwiach działają odwrotnie niż w innych krajach. Przez cały pobyt będę z tym miała problem 😉 Elena już na mnie czeka. Padamy sobie w ramiona, jak siostry. I ruszamy.

W gęstych lasach Finlandii

Dziś naszym celem są Helsinki. Zostawiamy samochód na parkingu pod zabytkowym dworcem centralnym i ruszamy najdłuższą ulicą w Helsinkach (Mannerheimintie) do bardzo ciekawego obiektu. Trafiamy do nieformalnej dzielnicy Töölö (cudna nazwa!), gdzie mieści się Skalny Kościół – Temppeliaukio. Nie jestem wielką fanką obiektów sakralnych, ale ten naprawdę robi wrażenie ze względu na swoją unikalną formę. Temppeliaukio został wydrążony w granitowej skale. Ołtarz i ławki znajdują się wewnątrz góry, co więcej ściany kościoła są naturalne – wiernych otaczają prawdziwe kamienne mury. W Temppeliaukio jest doskonała akustyka, dlatego odbywają się tu koncerty.

Ze Skalnego Kościoła kierujemy się na Aleksanterinkatu, czyli główną ulicę miasta, która prowadzi do Placu Senackiego z chętnie odwiedzanymi przez trafiających do Finlandii turystów schodami i katedrą. Szczerze mówiąc budynek nie robi na mnie żadnego wrażenia, za to zachwycam się mewami, które podchodzą tu na wyciągnięcie ręki i próbują rozmawiać z ludźmi, w tym i ze mną 😉 Stąd już prosta droga do portu, z którego odpływają promy na przykład do Tallina. No i mam okazję zobaczyć Zatokę Fińską, czyli w zasadzie Morze Bałtyckie z kolejnej perspektywy (widziałam je już od strony polskiej, duńskiej i łotewskiej). W okolicy wody rozstawione są stragany z pamiątkami, owocami i warzywami. Zerkam i pieję z zachwytu – moroszki! Te przedziwne pomarańczowe maliny, które rosną na dalekiej Północy. Podobno można znaleźć kilka krzaków u nas, na Pomorzu i Warmii, ale czy ktoś z Was je widział? Ja nie. A bardzo, bardzo chciałam spróbować moroszek. Będę je jadła przez kolejne trzy dni na śniadanie. Z kefirem i talkkuną, czyli fińskim odpowiednikiem estońskiej kamy, której jestem wielką fanką. To taka „mąka” z jęczmienia, żyta, owsa i grochu, serwowana ze sfermentowanym mlekiem i jagodami. Pyszna! A moroszki? Cóż. Nic specjalnego, podobnie jak szwedzkie lingon, których próbuję w kolektywie Andreasa.

Spacerując po Helsinkach widzę inne słynne budynki. Uniwersytet, parlament. Ale architektura miasta przytłacza. Finowie nie przepadają za ozdobnikami, ich budowle są proste i toporne, przez co centrum stolicy wydaje się straszliwie betonowe i zwarte. Oddalamy się więc nieco, w stronę Pomnika Sibeliusa – fińskiego kompozytora. Abstrakcyjny twór znajduje się w parku, vis a vis Zatoki Fińskiej. Mam więc zieleń, wodę, przyrodę i ławkę, na której możemy posiedzieć. No i budkę z lodami, a tam smak, na który czekałam – salmiakkowy! Biorę też gałkę lodów lukrecjowych. To dwa smaki, które uwielbiam (przez co przyjaciele boją się mnie odwiedzać. Zawsze próbuję ich częstować moimi zapasami, a nie wiedzieć czemu wszyscy uważają salmiak i lukrecję za niejadalne 😀 ). Lody są wspaniałe, wcale nie jestem zdziwiona.

Ostatnia atrakcja na naszej mapie to Helkatti, czyli kocia kawiarnia. Siedem wielkich fińskich kotów do podziwiania i głaskania, podczas kiedy my pijemy lemoniadę z białego bzu i jemy tiikerikakku, czyli fińskie marmurkowe ciasto. Co prawda mamy takie miejsca również w Polsce, ale nigdy w nich nie byłam. A naprawdę mi się tam podobało 🙂

Dzień 2. Dziś stawiamy na naturę. I bardzo dobrze, bo Helsinki w ogóle nie zrobiły na mnie wrażenia. Miasto jak miasto. Finlandia ma coś znacznie cenniejszego do zaoferowania. Z okolic Joutseno, gdzie mieści się dom Eleny i Jarkko ruszamy w stronę Heinoli. Teraz mam okazję, żeby przyjrzeć się Finlandii z okna samochodu. Lasy, jeziora, czyli to, co było dla mnie oczywiste. Ale i największe zaskoczenie – skały. Finlandia w ogóle nie jest płaska, wszędzie roi się od kamiennych pagórków porośniętych mchem i drzewami, tak też wyglądają fińskie lasy. Wewnątrz oprócz gęstej roślinności są też ogromne zielone głazy, które wyglądają jak przyczajone trolle. Przy drodze co chwilę widać z kolei kamienne ściany, wprost stworzone do tego, żeby zimą wbić w nie czekan i zacząć się wspinać (Finowie tego jednak nie robią). Jestem oczarowana tym widokiem. Byłam pewna, że wprost z Finlandii ruszę w Tatry, żeby ukoić potrzebę gór po pobycie na nizinach (tak miałam po Holandii). Nic z tych rzeczy – w tym krajobrazie niczego mi nie brakuje. Zwłaszcza że zdarzają się też poranne gęste mgły, piękne zachody słońca, noce, kiedy na niebie jest więcej gwiazd, niż widziałam gdziekolwiek indziej.

Naszym pierwszym celem jest Heinolanlintutarha, czyli ptasi azyl. Podobne miejsce znajduje się w Ostrowie koło Kielc i byłam tam już kilka razy. Ptactwo ma szczególne miejsce w moim sercu, zwłaszcza drapieżne. W Heinoli jestem w swoim żywiole – jastrząb gołębiarz (kiedyś trzymałam takiego na ręce!), puchacze, płomykówki i całe stado wron siwych (tutaj ciekawostka ornitologiczna: na polskich polach i łąkach królują gawrony, a wron siwych praktycznie się nie spotyka. W Finlandii odwrotnie). Do tego ary, kakadu, żako, gołębie ozdobne. Ptaki, które w wyniku wypadków drogowych i działalności człowieka nie mogą latać i potrzebują rehabilitacji. Niektóre z nich już na zawsze pozostaną w azylu, bo nie przeżyłyby w naturalnym środowisku. Ze względu na to, że nikt mnie nie rozumie zaczynam rozmawiać z ptakami po polsku. Żebyście widzieli miny Finów i Eleny, kiedy okazało się, że one nie tylko mnie słuchają, ale jeszcze… reagują na polecenia. Z perspektywy ludzi musiałam wyglądać jak wiedźma – zaklinaczka ptaków 😀

Z Heinoli ruszamy do Iitti. Nie tylko dlatego, że nazwa miejscowości bardzo mi się podoba. Cel jest znacznie wyższy – dosłownie. Jedziemy wspiąć się na Hiidenvuori, czyli klif nad Virmajärvi – jednym z jezior. Na trasie wypatruję jednak ledwo widoczny znak na farmę – Kilkkilän Farmi. Miejsce jest zamknięte dla turystów w trakcie tygodnia, ale nie odchodzimy z kwitkiem. Kiedy pracująca na farmie kobieta dowiaduje się, że przyjechałam z Polski i to moja jedyna szansa, żeby wejść na teren wpuszcza nas, nie chcąc nawet zapłaty za bilety. Zaczynamy od strusiów, które dla Finów są wielką egzotyką, a dla mnie wcale. Spotykałam je już w polskich ogrodach zoologicznych, są też w Bałtowie i, o ile się nie mylę, w Kurozwękach. Pozostaję niewzruszona do momentu, kiedy okazuje się, że mogę je… karmić. Wyciągają do mnie szyje znad siatki, są wielkie i budzą respekt. I to już jest świetna atrakcja 🙂

Ale będzie jeszcze lepiej. Widzę też konika islandzkiego – tego, co to bywa powodem śmiertelnej obrazy tego narodu. Bo obcokrajowcy mylą je z kucykami, a to przecież silne, dzielne zwierzęta i takie porównanie im urąga. Wygląd faktycznie niepozorny, ale wierzę, że mają ukrytą moc 🙂 Pawie, kury, alpaki… aż tu nagle – renifery. RENIFERY, kurczę. W tym ten jeden, najwspanialszy, przywódca stada. Piękny biały ren. Imponuje rozmiarem, kolorem futra i porożem, ale staje się dla mnie jeszcze bardziej magiczny, kiedy bez skrępowania podchodzi do siatki, je z mojej ręki i daje się głaskać. Wiedziałam, że podczas tego wyjazdu nie zobaczę Laponii, a to taka wspaniała jej namiastka!

Opuszczamy farmę i dojeżdżamy pod Hiidenvuori. Idziemy najpierw przez las, potem wspinamy się ścieżką, na końcu pokonujemy drewniane schody. Ze skalnego szczytu roztacza się widok na lasy i jezioro. Jest bardzo stromo, a upadek skończyłby się tragicznie. Co prawda żeby wejść na szczyt nie trzeba się napracować tak, jak w Tatrach czy Bieszczadach, ale na górze czuje się potęgę fińskiej natury.

Bardzo gorąco rekomenduję to miejsce podróżnikom – ale nie turystom. Nie zadeptujmy tego szlaku. Gdyby był tam tłok, cała magia by wyparowała. Naładowane pozytywną energią wracamy do domu. Kupujemy jeszcze po drodze pullę – fińskie ciasto z kardamonem. Nadzienie może być różne – zwykle jest to maślanka (którą tutaj zastępuje się ser w drożdżówkach) i dżem z borówek. Nie mogę sobie też odmówić specjału o nazwie piirakka – karelskiego „pieroga” z cienkiego żytniego ciasta wypełnionego nadzieniem z gotowanego ryżu. Inne warianty to nadzienie z ugotowanych ziemniaków czy jajek na twardo. Udało mi się też trafić na piirakkę z brukwią, zwaną przez Finów szwedzką rzepą. Wszystkie są równie pyszne i objadam się nimi przez cały pobyt w Finlandii. Podobnie jak lapońskim cienkim chlebem z dodatkiem ziemniaków.

Piirakka

Piirakka

Dzień 3. Czas na turystykę. Ruszamy do Savonlinny, gdzie znajduje się jeden z nielicznych fińskich zamków. Na dodatek jest to średniowieczna twierdza, czyli to, co w architekturze obronnej lubię najbardziej. Zamek położony jest na wyspie, do której dochodzi się mostem. Przez wieki należał do Szwedów, Rosjan oraz Finów. Z założenia nie ma być piękny, tylko praktyczny. Co nie zmienia faktu, że widoki roztaczające się z otworów strzelniczych chwytają za serce.

Z kolei szybkie spojrzenie do wnętrza „toalety” podnosi ciśnienie. Zamieszkujący zamek rycerze siadali na kamiennej „desce” z otworem, przez który można spojrzeć wprost do fosy. Znajdującej się kilka kondygnacji niżej. Odważyłam się zerknąć, ale usiąść już bym nie była w stanie 😉 Na dziedzińcu zamku co roku odbywają się różnorodne koncerty, w tym metalowe, a także doroczny festiwal operowy. Powód? Akustyka jest w Olavinlinnie doskonała. Szkoda tylko, że scena przysłania widok, przez co nie czuje się pierwotnej atmosfery zamku.

Z Savonlinny zmierzamy do Koitsanlahti. Przy drodze znajduje się tam coś naprawdę wyjątkowego. Na trasie robimy jeszcze przystanek nad jednym z tamtejszych jezior. To bardzo malownicza trasa, woda otacza nas z każdej strony, zdarzają się też serpentyny. No ale nie ma czasu na leniuchowanie. Niebawem zajdzie słońce, a o zmierzchu na pewno nie chciałabym znaleźć się tam – w parku rzeźb Parikkala.

To ukryty wśród drzew ogród, należący niegdyś do Veijo Rönkkönena, zamkniętego w sobie fińskiego artysty, który 50 lat swojego życia poświęcił na tworzenie niepokojących posągów. Rzeźbiarz stronił od zewnętrznego świata, ale próbował uzewnętrzniać się przez sztukę. To, co znajduję w parku jest przerażające, psychodeliczne, mroczne. Postaci mają przewiercające na wskroś spojrzenia, zęby, które wyglądają zupełnie jak prawdziwe (niektóre są nawet ukruszone czy połamane). Są tu dzieci, cyganka, zakonnica, śmierć, diabeł, zwierzęta i dziwaczne stwory.

Rzeźbiarz wkomponował je w przyrodę swojego pięknego ogrodu. Z jego domu cały czas dobiega muzyka, choć nikt tam nie mieszka. Na skraju parku znajdują się tory kolejowe. Po drugiej stronie zaczyna się Rosja. Czuję się nieswojo, kiedy wsiadamy do samochodu i wracamy do domu. Park widziałyśmy tuż przed zachodem słońca i robił naprawdę niepokojące wrażenie.

Na szczęście zza chmur wychodzi słońce i wielobarwnymi cieniami kładzie się na wodzie mijanych przez nas jezior. Próbuję robić zdjęcia z samochodu, ale efekt jest mizerny. Nagle Elena skręca w las i wywozi mnie na ukryte przed światem miejsce, gdzie ktoś zrobił sobie kryjówkę. Mały wyłom wśród drzew, skraweczek dzikiej plaży i całe wielki kawał jeziora do podziwiania. Obok zacumowana łódka. No i ten cudowny zachód słońca…

Dzień 4: Tak wyczekiwany przez wszystkie dzieci na koloniach „czas wolny”. Elena zdaje dziś egzamin z fińskiego w Lappeenrancie, a ja zamiast siedzieć w domu i czekać, aż wróci postanawiam jechać z nią i zostać sam na sam z Finlandią. Sobota, 8 rano, piękne słońce. Spaceruję głównymi ulicami miasta. Poza ludźmi z psami nie ma tam nikogo. Trafiam do portu i spaceruję wzdłuż brzegu, okrążam zabytkowy kościół w żółtym kolorze. Bardzo charakterystycznym dla Finlandii. Takiego odcienia nie widziałam do tej pory nigdzie indziej.

Centrum składa się z budynków handlowych. Niska zabudowa, do tego sporo reliktów lat 70. czy 80. Nie ma tu aż tak wiele nowoczesności. Kiedy sklepy się otwierają wchodzę do galerii, żeby poszukać pamiątek. Obowiązkowe drobiazgi z Muminkami, skarpetki (to już dla mnie tradycja), magnes na lodówkę, breloczki, no i czarne słodycze, które później będę sobie jeść sama, skoro nikt w Polsce ich nie chce. Na półkach fińskich sklepów jest mnóstwo pełnoziarnistych produktów i chrupkiego pieczywa, syrop z cukru trzcinowego, sproszkowana lukrecja, gumy do żucia słodzone ksylitolem. W niemal każdym większym sklepie można kupić przy kasie gumy nikotynowe. Za to chyba w ogóle nie ma tu e-papierosów. Nie widziałam nikogo, kto by ich używał. Jeśli chodzi o modę, Finowie nie szaleją. W sklepach króluje szary, biały, czarny, granatowy. Nie bardzo jest na czym oko zawiesić. Na ulicach podobnie. Najbardziej barwne kobiety okazują się Rosjankami, których jest tu naprawdę sporo.

Podczas spaceru po Lappeenrancie w mojej głowie rodzi się pomysł, żeby zrobić tatuaż. Myślałam o tym wzorze już od jakiegoś czasu. To fińskie przysłowie, które ma dla mnie kilka ukrytych znaczeń. Miałam iść do salonu po powrocie, ale w sumie czy można sobie wymyślić lepszą pamiątkę z ukochanego kraju? Wędruję, szukam, podpytuję wytatuowanych Finów. Bez skutku. W soboty studia tatuażu są zamknięte. „Tatuatorzy nie wytrzeźwieli jeszcze od piątku” – mówi ktoś. Muszę zmienić koncepcję, Eleny dalej nie ma, a ja znam centrum Lappeenranty już tak dobrze, że mogłabym tu robić za przewodnika.

Wczesne popołudnie. Największe stężenie Finów na metr kwadratowe jest właśnie w tym miejscu – w barze. No to wchodzę 😀 Zamawiam fińskie piwo, które, zdaniem zapytanych lokalsów, „nie jest złe”. Sandels. No cóż, smakuje jak byle jakie piwo w Polsce, ale ja jestem wybredna, odkąd pijam tylko kraftowe. Zresztą, nie o napój tu chodzi, a o wejście w serce narodu. Zagaduję barmankę o miejsce, gdzie mogę w sobotę zrobić tatuaż, a ona głośno powtarza moje pytanie w ojczystym języku. I jakby ktoś nakręcił mrukliwe towarzystwo, przestawił im guzik na tryb „zachowujemy się jak reszta świata”. Finowie zaczynają się przekrzykiwać, niemal, prawie że gestykulować, na ich twarzach widać nawet cień półuśmiechu. Czuję się tak, jakby przyjęli mnie do elitarnego stowarzyszenia 😀 Kiedy temat zostaje wyczerpany wszyscy znów odwracają się do swoich kufli i nastaje cisza. Dopijam piwo, wychodzę, sprawdzam, czy pod zapisanym mi na kartce adresem mam szansę zrobić tatuaż – niestety, tu też nie. Dzwoni Elena – czas wolny się kończy.

Z Lappeenranty kierujemy się do Pentilli. Wioski na końcu fińskiego świata. Stając na jej krańcu można spojrzeć na Rosję. Co prawda są to tylko lasy, wcale nie odbiegające od tych „naszej” stronie, ale sama świadomość, że prawie zahaczyłam o kolejny kraj jest przyjemna. Na miejscu zaparkowany jest samochód z dwoma strażnikami, którzy nie widzą niczego zabawnego w Polsce robiącej sobie zdjęcia na tle „Rosji”. No ale są Finami, nie mogę oczekiwać zbyt wiele. To zasadniczy naród, dość skrupulatnie przestrzegający prawa i nie śmiejący się z byle czego. W zasadzie śmiech jako taki jest tu dość rzadkim zjawiskiem. Głośne okazywanie radości zdarza się po kilku głębszych, na trzeźwo pozwalają sobie na to tylko niektórzy. Mniejszość.

Skoro już jesteśmy w lasach, ruszamy z Eleną na jagody. Jak większość Finów. To ich narodowy sport, podobnie jak zbieranie grzybów. Żebyście widzieli minę Jarkko, kiedy przyniósł do domu wielkie wiadro kurek (fin. kantarelli)! Ta duma, ten półuśmiech 😀 Później przez trzy dni jadłyśmy na kolację przyrządzone przez niego specjały – sosy grzybowe, zapiekanki… Pyszne 🙂 Spotykamy też w lesie dwa piękne konie, które reagują na nas bardzo entuzjastycznie. Wiadomo, że trzeba pogłaskać 😉 I jeszcze ciekawostka o fińskich lasach: są w nich ulice. Ze względu na to, że w środku głuszy znaleźć można domki, są tam tabliczki z nazwami i skrzynki na listy.

Dzień 5. Czyli ostatni, jaki mogę poświęcić na zwiedzanie. I tu… niespodzianka! Szwagier Jarkko jest tatuatorem w Kouvoli. Zgadza się przyjąć mnie w niedzielę w swoim salonie. Tak po prostu. I tak trafiam do Roniego Leppä, który jest też przy okazji… finalistą Voice of Finland. Trafiam po igłę prawdziwej gwiazdy 🙂 Sama Kouvola to, także zdaniem Finów, „betonowe piekło” (#betoniihelvetti), nie będę Wam polecać odwiedzania miasta. Za to Roniego jak najbardziej. Tatuaż jest dokładnie taki, jak sobie go wymarzyłam 🙂

Z Kouvoli gnamy do Kotki. Ulubionego miasta Eleny. Z portem, przytulnym centrum i kilkoma porządnymi parkami. No i z Maretarium. Pierwszym zaskoczeniem jest ulotka z nazwami ryb w języku polskim. To w znaczący sposób ułatwia zwiedzanie. Większość ryb znam z polskich jezior, ale jest i taka, która wywołuje dreszcz ekscytacji – jesiotr syberyjski. Ten, którego spotkać można w Bajkale. Jest ich tu sporo. Są duże i bardzo specyficzne. Z wyglądu pyska przypominają mi krety.

Kotka to nie tylko Bałtyk, ale i jezioro Saimaa, czyli jedyne miejsce, gdzie żyje zagrożona wyginięciem nerpa fińska. Oczywiście nie liczę na to, że uda mi się zobaczyć tę fokę, ale sama świadomość, że gdzieś tu jest wywołuje ekscytację. Z Maretarium jedziemy do położonego nad Zatoką Fińską parku Katariina. To piękny obszar spacerowy z miniaturowymi latarniami morskimi, gigantycznymi kredkami, placem zabaw z domkiem Muminków, ale przede wszystkim ze skalistą plażą. Wielkie głazy wystają wprost z morza, a my nie możemy się oprzeć pokusie, żeby się na nie wdrapać. Ostrożnie przechodzimy z jedno na drugi, żeby suchą stopą wejść do morza. Trwa zachód słońca, widok jest nieziemski!

Musimy się jednak zbierać, bo czeka na nas jeszcze wodny ogród Sapokka. W lipcu urzekający kolorami – kwitną rododendrony i nie tylko. W sierpniu jest już „tylko” zieleń. Oraz wodospad. I piękna panorama miasta w świetle zachodzącego słońca. Wystarczy tylko wspiąć się po schodach nad wodospad. Oczywiście dokładnie to robię 🙂

Dzień 0 bis. Pakowanie, pożegnalne rytuały, pirakka w dużej ilości, cudowny czekoladowy „mud cake” z Fazera, lody salmiakkowe wprost z pudełka. I jedziemy do Helsinek. Wycieram łzy za  bramką lotniska. Płaczę za Eleną i za moją Finlandią. Ale przede mną jeszcze jedna przygoda. Norwegia. Lecę do Oslo. Na siedzeniu obok mnie podróżuje Pakistańczyk. Zagaduje do mnie w trakcie lotu. Od słowa do słowa i nagle znajduję się w samochodzie jego znajomego mieszkającego w Oslo, który wiezie mnie do dworca głównego (jakieś 50 km od lotniska). Tak po prostu, z czystej ludzkiej życzliwości. Trochę się boję, na wszelki wypadek wysyłam mamie zdjęcie tablicy rejestracyjnej na wypadek, gdybym ten jeden raz miała się przejechać na wierze w ludzi. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Moi towarzysze nadrabiają 20 kilometrów, żeby wysadzić mnie na dworcu. Do tego ten, którego poznałam w samolocie, Khan, mówi, że jeśli będę chciała wybrać się na trekking wokół K2, mam mu dać znać. Wyśle mi zaproszenie i nie będzie problemów z uzyskaniem wizy.

Żegnam się z Pakistańczykami i szukam metalowego tygrysa. To tam umówiłam się z Vukiem. Pół-Serbem, pół-Chorwatem, który zgodził się mnie przenocować w ramach Couchsurfingu. Spacerujemy po Oslo w zachodzącym słońcu. Stajemy na drewnianym molo, a pod stopami szaleje nam ciemne Morze Północne. Miasto wieczorem jest cudnie oświetlone, co musi bardzo pomagać Norwegom podczas zimowych ciemności. Tworzy przytulny klimat. Odwiedzamy z Vukiem Park Vigelanda z osobliwymi rzeźbami, które wyglądają jeszcze dziwniej w półmroku.

Drepczemy po uliczkach w centrum. Jest czysto, schludnie, architektura zachwyca po fińskiej prostocie. Sama Norwegia, a przynajmniej te drobne skrawki, które zobaczyłam chwytają za serce. Skały przy drogach są tu jeszcze wyższe niż te w Finlandii. Kamienie mają ciemniejszy odcień, są jakby zaokrąglone, a nie strome i ostre jak te z Karelii. Miasto otaczają wysokie wzgórza, na których stoją domki. Wieczorem wygląda to tak, jakby na wzgórzach mieszkały gigantyczne świetliki. Każdy domek to przynajmniej jedna lampka na zewnątrz, która pali się przez całą noc. Ludzie przemili, mówią piękną angielszczyzną. I wiem, że mogłabym tę Norwegię naprawdę pokochać, ale… nie centrum Oslo. Tutaj przeszkadza mi cywilizacja i szyk. Snobistyczna dzielnica nad morzem z przeszklonymi apartamentowcami. Dla tych najbogatszych, którzy zamiast uciec z miasta i co rano budzić się wśród natury wolą patrzeć w niezasłonięte firankami okna równie majętnych sąsiadów.

Koło północy łapiemy ostatni podmiejski autobus do miejsca, w którym znajduje się chatka Vuka. To prawdziwy norweski „cabin” – domek letniskowy bez bieżącej wody i toalety. Za potrzebą idzie się w krzaki, a prysznic bierze się na zewnątrz, w zbitej z desek kabinie bez dachu. Trzeba zagrzać wodę i polać się nią z wiadra. Szybko kładę się spać, bo rano muszę znaleźć się na lotnisku.

Żeby trochę przyciąć koszty i przeżyć kolejną przygodę o 7 rano ustawiam się na trasie do Oslo i łapię stopa. Najpierw zatrzymuje się przede mną wiking. Wsiadłabym z miłą chęcią, ale nie jedzie w moją stronę. Następna jest norweska mama z ośmioletnimi bliźniaczkami. Wsiadam do jej tesli. Pierwszy raz jadę takim samochodem. Okazuje się, że auta na prąd oznaczają w Norwegii pewne przywileje – można jechać buspasem omijając wszystkie korki, nie trzeba płacić za parkingi w centrum miasta, jest się też zwolnionym z większości opłat. Już prawie dojeżdżamy pod dworzec kiedy Norweżka mówi, że właśnie jadą do telewizji. Jej córeczki za chwilę wystąpią w swojej pierwszej w życiu reklamie. Kto wie, może właśnie spotkałam przyszłe gwiazdy kina? 🙂

Na dworcu łapię pociąg na lotnisko, kupuję magnesy i islandzkie batoniki z lukrecją, a także zdobywam norweską monetę od sympatycznej dziewczyny w sklepie. Płaciłam kartą, więc nie miałam w ogóle styczności z norweskimi koronami. Ta, którą mi daje ma dziurkę pośrodku i, podobnie jak duńskie monety, doskonale nadaje się na wisiorek. Wsiadam do samolotu lecącego do Krakowa. Przykro mi bardzo, że opuszczam Północ. To mój świat. Na siedzeniu obok przycupnęła stewardessa Norwegiana. Zagaduję ją i okazuje się, że jest Polką. Magda okazuje się wspaniałą dziewczyną z mojego rodzinnego Podkarpacia. Podróżniczką, która tak jak ja marzy o Spitsbergenie. Przegadujemy całe dwie godziny lotu i ściskamy się na pożegnanie, kiedy mąż zgarnia ją spod lotniska w Balicach. Przez chwilę zostaję sama na polskiej ziemi. Czuję się tu obco, język brzmi jakoś niezrozumiale. Ale to trwa tylko przez chwilę. Zbieram rzeczy i idę po obwarzanka. I cóż, że nie z Finlandii. Polska też jest wspaniała.

11 comments on “Co robić w Finlandii? Południowa Karelia w pięć dni

  1. Finlandia jest wspaniała. Ekologiczna. Łowienie ryb przez prawie cały rok (pół roku spod lodu), teraz właśnie zaczął się okres polowań na łosie, jelenie białoogonowe, głuszce, cietrzewie, jarząbki i pardwy – żyć nie umierać.

  2. do Michała: nie tylko to, co wypisałeś: mój znajomy Fin spędza całe weekendy na wyspach na Bałtyku i za każdym razem przywozi duży pęk upolowanych dzikich gęsi. I mówi jak Ty: że są smaczne, zdrowe i tylko one są w pełni ekologiczne.

    1. Jako wegetarianka dodam od siebie: jagody i grzyby. Mnóstwo jagód i grzybów. Finowie zbierają je nagminnie, robią przetwory i jedzą. Ekologicznie i ekonomicznie 🙂

  3. Helsinki to nie Krakow ze starymi zabytkami, ale zalezy kto co lubi….ja np. uwielbiam nadmorskie miejscowosci a jak jest to do tego duze miasto to juz calkiem super….W Heslinkach jest wszystko czego mozna chcie w wielkim miescie i wszechotaczajace morze , cudowne male wysepki ktorych sa tysiace i pomiedzy ktorymi kursuja male promy, piekne parki, czyste powietrze i wyczuwalna w powietrzu wysoka jakosc zycia

    1. Ja nie przepadam za miastami, dlatego zdecydowanie bardziej w Finlandii pasuje mi dzicz. Z miast, które widziałam najpiękniejsza okazała się Kotka 🙂

  4. Nie tylko łosie, oni polują na takie śmieszne i bardzo smaczne zające, które zimą robią się całe białe. Nazywają je ‚zając leśny’, bo jest jeszcze ‚polny’ taki jak w Polsce, i ten nie bieleje na zimę.

  5. Miałem okazję pobyć trochę w Finlandii w ramach kilkutygodniowych podróży służbowych – południowo-zachodnie krańce – Uusikaupunki, Turku, Rauma. Tak jak piszesz, mi także zdecydowanie bardziej w Finlandii odpowiada dzicz – miasta są ciekawe, ale nie porywające.
    Co mnie w Finlandii uderzyło najbardziej, to fakt, że Finowie praktycznie nigdy nie podnoszą głosu. Jeśli w ogóle się odzywają, robią to z nieprawdopodobnym spokojem i umiarkowaniem.
    W mojej ocenie najlepszym sposobem na wtopienie się w fińską aurę jest wynajęcie drewnianego domku gdzieś głęboko w lesie, oczywiście z drewnianą sauną w podwórku, najlepiej niedaleko wybrzeża usianego całą masą niewielkich wysepek. Idealnie, jeśli domek posiada własne nabrzeże z łódką, którą można pływać od wysepki do wysepki 🙂 Spróbowałem – polecam 🙂
    P.S. Sauna ogrzewana piecykiem opalanym drewnem, oczywiście zebranym i porąbanym własnoręcznie 🙂

    1. Jarkko ten fiński ton głosu skwitował tak: „Jeśli nie znasz fińskiego, nie będziesz wiedzieć, czy mówimy o tym, że wygraliśmy w totka czy o tym, że ktoś umarł”. Zawsze bez emocji, niezależnie od nastroju. Nie mogę odżałować, że nie wyrobiłam się do prawdziwej fińskiej sauny. Jaka jest różnica w stosunku do tych polskich?

      1. Tak tak tak, dokładnie tak…
        Zawodowo zajmuję się sprawami, które bardzo często powodują nerwowość klientów, wykonawców itd. Terminy i poziom złożoności technicznej powodują często bardzo emocjonalne chwile w pracy… Miałem okazję pracować z osobami pochodzącymi z niemalże każdego zakątka świata i nigdzie, absolutnie nigdzie poza Finlandią nie zetknąłem się z tym, że podczas rozmowy w mieszanym językowo towarzystwie nie jestem w stanie wyczuć, czy osoby mówiące swoim językiem ojczystym mnie właśnie chwalą czy przeklinają, podziwiają czy wyśmiewają, cieszą się, czy też są bardzo niezadowoleni 🙂 Zresztą, swoje niezadowolenie w języku angielskim też komunikują w takim sam sposób, w jaki mogliby gratulować, chwalić, cieszyć się albo modlić…tak mi się wydaje 🙂

        A co do sauny – w Finlandii sauny są wszędzie – zarówno przy domach gdzieś głęboko w lesie jak i w piwnicach bloków mieszkalnych w miastach. Przy wejściu do bloku wisi albo harmonogram „przydziału” sauny do danego nr mieszkania, albo otwarta lista, na której mieszkańcy mogą wpisywać swoje rezerwacje sauny.

        Jeśli chodzi o sauny przydomowe, z reguły mieszczą się one w osobnym małym domku, w którym obok pomieszczenia z sauną jest też pomieszczenie z prostym łóżkiem i/lub prysznicem na chwilowy odpoczynek lub obowiązkowy prysznic pomiędzy kolejnymi sesjami saunowymi. W piecyku saunowym trzeba sobie rozpalić na jakieś 30-40 minut przed wejściem.

        Sauny tego rodzaju można spotkać tez w Polsce, ale z reguły są one dostępne w tej formie w tylko w hotelach, duzych saunariach itp. A klimat fińskiej sauny polega właśnie na jej otoczeniu – podwórko własnego domu, las, cisza, natura. Po kilku sesjach saunowania nie musisz ubierać się, wsiadać w samochód i wracać do domu. Tam saunę masz u siebie.

  6. Ale podróż! Skandynawia też jest gdzieś tam na mojej liście marzeń, ale chyba zw względu na to,że mieszkam obecnie w zbliżonym klimacie, to wolę zwiedzać cieplejsze kraje :).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *